| PRZEZ ŚNIEGI ZIELONEGO LĄDU - G R E N L A N D I A 2 0 0 8 |
|
„Przez śniegi Zielonego Lądu – trawers Grenlandii”
Grenlandia jest największą wyspą świata. Jej terytorium jest 6,7 razy większe od Polski i zaledwie 7,8 razy mniejsze od największego państwa – Rosji. 84% powierzchni wyspy pokryta jest lodem i jest to największy lądolód po Antarktydzie. Przypadkowo odkryta w X wieku przez Wikingów, została nazwana „Zielonym Lądem” (Grønland). Jeszcze niedawno była tylko naszym marzeniem. Na Grenlandię dostaliśmy się samolotem z Islandii. Wylądowaliśmy na wyspie Kulusuk, skąd łodzią motorową przedostaliśmy się na właściwy ląd. Kilkugodzinny rejs pomiędzy ogromnymi górami lodowymi był tylko przedsmakiem wielkiej wyprawy. Właśnie wtedy uświadomiliśmy sobie jak potężny jest lądolód grenlandzki, bo przecież kilkudziesięciometrowe kawałki lodu – niczym drapacze chmur wielkiego miasta – to nic innego jak zwykłe okruchy...
9 sierpnia po godzinie 20:00 rozpoczęliśmy
naszą ekspedycję. Startowaliśmy Pomimo sprzyjających warunków atmosferycznych, wejście na plateau lądolodu zajęło nam 3,5 dnia. Największym problemem okazały się szczeliny. Drugiego dnia wyprawy znaleźliśmy się w prawdziwym ich labiryncie. Przeskakiwaliśmy dziesiątki szczelin, przechodziliśmy przez setki mostów śnieżnych, a gdy zabrakło takich sposobów to tworzyliśmy stanowiska i pokonywaliśmy większe szczeliny, głębokie na kilkadziesiąt a czasem kilkaset metrów. Niesamowite jest to, że do godziny 17:00 zrobiliśmy zaledwie 300 metrów drogi w linii prostej. Jedynym wyjściem z opresji było rozdzielenie się, zostawienie bagażu i szukanie właściwej drogi. Pomysł okazał się trafny, a dodatkowo dzięki radiokomunikacji dość szybko opuściliśmy błędne koło. Kolejną trudnością były rzeki. Na swojej drodze napotkaliśmy ich kilka, lecz jedna bardzo dobrze zapisała się w naszej pamięci. Była to najszersza i najgłębsza rzeka, rwąca niczym alpejski potok. Przypadkowe wpadnięcie mogłoby skończyć się tragicznie, dlatego też zrezygnowaliśmy z próby niebezpiecznej przeprawy. Mogliśmy wybrać tylko dwa kierunki – w górę, by zbliżyć się do źródła wody lub w dół, co nie byłoby rozwiązaniem zbyt logicznym. Zostawiamy bagaż, rozdzielamy się. Po niespełna 30 minutach w radio odzywa się Szymon, który poszedł z nurtem rzeki: „- Chłopaki! Znalazłem przejście!!”. Spotykamy się przy sankach, zabieramy cały ekwipunek i podążamy do wypatrzonego miejsca. Okazało się, że rwąca rzeka w pewnym momencie przestała istnieć. Zniknęła? – to może złe określenie – po prostu woda wlewała się do głębokiej szczeliny, tworząc gigantyczny wodospad. Powyżej 800m n.p.m. robiło się coraz bardziej płasko. Szczeliny ukrywały się pod płaszczem śniegu i lodu – w większości były całkowicie niewidoczne. Kilkakrotnie zdarzyło się, że pokrywa lodowa była na tyle cienka, że załamywała się pod naszym ciężarem. Na szczęście nie doszło do poważniejszych wpadek. Ratowały nas plecaki oraz obładowane sanki, które skutecznie hamowały naszą bezwładność ku otchłani. Po 50 km zamieniamy raki na narty i podążmy w kierunku N. Nasza trasa miała przebiegać przez drugi najwyższy „wybitny szczyt” – Mt. Forel. Silne wiatry z północy skutecznie zmniejszały tempo marszu. W dodatku nadeszły śnieżne dni, a my znaleźliśmy się pośród gęstych chmur. Widoczność na kilka metrów spowodowała, że nasze błędniki zaczęły szwankować. Nie było możliwości marszu w linii prostej. Robiliśmy zaledwie 10 – 16 km dziennie, a niestety taka pogoda utrzymywała się przez dłuższy czas. Po tygodniu zdecydowaliśmy o zmianie kierunku na północno – zachodni oraz o rezygnacji ze wspinaczki na planowany szczyt. Mieliśmy coraz mniej czasu, a co za tym idzie – żywności również ubywało. 15-ego dnia ekspedycji zmierzyliśmy się z pierwszym huraganem grenlandzkim. Gdy rozkładaliśmy namiot, prędkość wiatru nie przekraczała 50 km/h, kilka godzin później odnotowaliśmy 128 km/h. Noc okazała się bardziej dramatyczna. Siła wiatru była coraz większa. Nasz dom – przyczepiony sześcioma śrubami lodowymi – pomimo mocnej i sztywnej konstrukcji, uginał się, walczył z żywiołem... Wytrzymał, choć huragan trwał blisko 60 godzin. Przez cały ten czas musieliśmy sprawdzać stan namiotu oraz podsypywać śniegiem fartuchy, co było szalenie kłopotliwe, bo temperatura odczuwalna sięgała poniżej -40ºC. 21-ego dnia osiągnęliśmy najwyższy pułap naszej trasy, czyli 2513m n.p.m. Choć teoretycznie mieliśmy już z górki, wiatr dawał się we znaki. Pogoda była zmienna – często szliśmy w gęstych chmurach, niekiedy – przy mocnych promieniach słonecznych. Z naszych obliczeń wynikało, że uda się nam przejść lądolód przed końcem żywności, lecz tylko wtedy, gdy nie napotkamy poważnych przeszkód. Jednego razu wiatr sprzyjał, więc wyciągnęliśmy latawce i próbowaliśmy nadrobić drogę. Kierunek nie był idealny – jechaliśmy za bardzo na zachód. Na horyzoncie ukazała się tajemnicza budowla. Podjechaliśmy pod sam obiekt. Była to stara, opuszczona, amerykańska baza wojskowa z czasów zimnej wojny. Wzniesiona na platformie stalowej, wyglądała niczym tajemniczy, bezzałogowy statek kosmiczny. Wiatr i opady śniegu narastały. Przyszedł kolejny (drugi) sztorm. Dwa dni spędziliśmy w namiocie, czekając aż huragan ustanie. Powstała spora pokrywa świeżego śniegu, co uniemożliwiło normalny marsz. Pomimo dużej powierzchni nart, zapadaliśmy się w śniegu na kilkadziesiąt cm. Sanki stawiały ogromny opór – czuliśmy jakbyśmy orali pługiem ziemię… Choć pulki ważyły już po 25 kg mniej, niż na początku trawersu, to wydawało się jakby ich masa była 3 razy większa… i tak przez kolejne 3 dni szliśmy z prędkością nie przekraczającą 1,8 km/h. Dawaliśmy z siebie wszystko a czasem wydawało się, że nawet więcej i tylko po to by przyśpieszyć i wyrobić normę z poprzednich dni. Niestety brakowało sił. Jedliśmy podwójne porcje, piliśmy 3 razy więcej… Chcieliśmy robić 32 km na dzień – z trudem udawało nam się zrobić 20 km przez 14 godzin marszu. Średnia dziennego dystansu, który musimy pokonać rosła i rosła… 30-ego dnia ekspedycji zmienił się kierunek wiatru. Postanowiliśmy spróbować wykorzystać latawce. Wiatr się wzmagał, pomiary pokazywały 35 km/h. Rozłożyliśmy skrzydła i kontynuowaliśmy drogę. Zadowoleni z pędu nart po tak niewdzięcznym śniegu, nie sprawdziliśmy na GPSie zmian pozycji. Po godzinie jazdy okazało się, że wiatr zmieniał nie tylko siłę, ale i kierunek. Przemieściliśmy się 25 km na południe. Doznaliśmy szoku, gdyż zamiast nadrobić, praktycznie cofnęliśmy się… Zaczęliśmy liczyć kilometry, dni i jedzenie. Jeszcze niedawno wydawało nam się, że wzięliśmy za dużo żywności, teraz odnotowujemy jej niedostatek. Obliczamy, że do lądu pozbawionego śniegu możemy dojść 6 dni później niż planowaliśmy. Dodatkowo nie możemy uruchomić telefonu satelitarnego i powiadomić kogokolwiek o możliwym opóźnieniu. Ograniczamy sen, aby jeszcze więcej czasu przeznaczyć na marsz. Rozbijamy obozy po zachodzie słońca, wstajemy 2 godziny przed wchodem. Na sen pozostaje maksimum 3 godziny. Dystans, który dzielił nas od celu był wciąż duży. Wreszcie udaje nam się wykorzystać w pełni latawce. Pozostało nam 70 km i dwie doby. Powróciły nadzieje na to, że dojdziemy na czas! Ruszyliśmy o świcie… niestety po kilku kilometrach teren znacznie się pogorszył. Kilkudziesięciometrowe szczeliny, szerokie nawet na kilka metrów, skutecznie utrudniały drogę. Od czasu do czasu płynęły szerokie rzeki – częściowo zamarznięte, a powierzchnia lądolodu robiła się bardzo górzysta. Z lodu wyrastały śnieżne i lodowe kopce o wysokości 1-8 metrów, niżej nawet do 15 metrów. Istna masakra. Idziemy non stop, podjęliśmy decyzję, że rezygnujemy ze spania ostatniej nocy. Wieczorem dochodzimy do kilkukilometrowego odcinka z setkami szczelin. Przypominał się nam początek trasy… z tym, że wtedy mieliśmy więcej sił. Nastała noc… było około 10 stopni na minusie i wzmagał się wiatr. Zdecydowaliśmy się na rozbicie namiotu w celu przyrządzenia posiłku i ogrzania się. Na zmianę gotowaliśmy i spaliśmy – tak, aby każdy przynajmniej godzinę odpoczął. Praktycznie skończyliśmy zapasy żywności… zostawiliśmy jedynie niewielką porcję na czarną godzinę. Ruszyliśmy przed wschodem słońca. Szło się dobrze, lecz z upływem kalorii – coraz gorzej. Również teren był mniej przyjazny: kilkudziesięciometrowe skarpy, które trzeba było obchodzić dość długą drogą lub z zachowaniem zimnej krwi – po ich krawędziach. Każdy kolejny kilometr przychodził nam z większą trudnością. Czuliśmy ostry głód, byliśmy mocno odwodnieni… Przebycie jednego kilometra zajmowało nam aż 1,5 godziny. Wreszcie zobaczyliśmy ląd, a dokładniej miejsce, w którym planowo mieliśmy skończyć naszą trasę. Niestety w rzeczywistości było to ponad 8 km w linii prostej. Ogromne szczeliny i skarpy… Teren był zbyt ciężki na narty. Założyliśmy raki, a najcięższe rzeczy przełożyliśmy z pulek do plecaków. Plecaki ważyły około 40 kg, sanki były znacznie lżejsze i nie stanowiły większego zagrożenia na wypadek, gdyby wpadły do szczeliny. Ostatkiem sił – 13.09 o godzinie 19:00 – dotarliśmy do Punktu 660, a zarazem zakończyliśmy trawers największej wyspy świata. Podsumowując, zrobiliśmy łącznie 664,6 km podczas ekspedycji, która trwała 35 dób. Dzięki latawcom pokonaliśmy blisko 80 km. Mieliśmy 4 dni huraganowe, w których pauzwaliśmy. Najniższa temperatura w dzień, jaką odnotowaliśmy to -28ºC (w nocy mogło być nawet -40ºC). Żywność przewidzieliśmy na ponad 35 dni, około 3900 kCal/dobę, mimo to zrzuciliśmy do 8 kg/os. masy ciała. Była to pierwsza polska ekspedycja w okresie lato/jesień, a za razem był to najdłuższy polski trawers Zielonego Lądu. Wyprawa została nagrodzona wyróżnieniem w kategorii „Wyczyn Roku” Kolosy 2008. Uczestnicy ekspedycji:
Grzegorz
Gontarz Strona ekspedycji: greenland.wazari.pl
Tekst artykułu:
|